piątek, 4 listopada 2016

Wszyscy we mnie wątpili, ale ja się uparłam i z dumą dziś robię to, co kocham

Agata Iwańska mieszkająca obecnie w Gdyni to fotograficzna terapeutka. W swoim Kobiecym Atelier odczarowuje smutne myśli klientek, makijażem podkreśla ich urodę, którą następnie uwiecznia na zdjęciach. Przyjacielskim usposobieniem z łatwością stwarza atmosferę do zwierzeń, w efekcie wywołując uśmiech na każdej twarzy. I nic dziwnego, że terminy ma napięte, a zakres usług coraz większy: wykonuje sesje indywidualne, rodzinne, ślubne, firmowe. Przed jej obiektywem znalazły się też osoby bardzo znane – aktorki, sportowcy...


„Warto chociaż na chwilę nie być wobec siebie taką krytyczną i uwierzyć, że jesteśmy piękne”


- Czy uważasz, że wszystkie Polki są piękne?
- Uważam, że bez względu na narodowość, kobiety są piękne. Niektóre są tylko zagubione albo zakompleksione w taki sposób, że nie podkreślają swoich walorów.

- Czy można fotografią to odmienić?
- Nie wiem, czy da się to zrobić na stałe. Warto jednak wskazać pewną drogę, bo każda z nas może wyglądać jak dziewczyna z okładki. Wydaje nam się, że modelki są takie idealne, mają długie nogi, wąską talię. Dziś nawet dziecko wie, że to Photoshop. Każda pani, która do mnie przychodzi, zaczyna asekuracyjnie od zdania: ja jestem bardzo niefotogeniczna i będziesz miała ze mną wielki problem – na wszelki wypadek tłumaczy swoje niepowodzenie przed obiektywem. Czasami pokazuję takiej Klientce zrobione zdjęcie już podczas sesji i mówię: zobacz, jak pięknie wyglądasz w tej pozie, oświetleniu, makijażu. Bez retuszu! Zaskoczona, ze zdziwieniem woła: WOW... RETY!

- Wydobywasz zdjęciem ukryte piękno w kobietach…
- Można w ten sposób się dowartościować. Chociaż na chwilę nie być dla siebie taką krytyczną. Podobnie jest z makijażem. Lubię ten moment, gdy podaję lusterko klientce i widzę błysk w oku. Czasami jest nawet łza. Z niedowierzaniem wtedy pytają – to naprawdę ja? Zaczynają inaczej na siebie patrzeć. Nad celebrytkami, na co dzień czuwa sztab specjalistów. Ja chcę pokazać, że jak zrobi się fajną fryzurę, ładny makijaż, to każda z nas jest piękna. Trzeba tylko wiedzieć, w jaki sposób wydobyć to, co najlepsze i uwierzyć w siebie. Często kompleksy, z których zwierzają mi się klientki, są w moim mniemaniu niedorzeczne! Ja bardzo komplementuję swoje klientki, staram się być kreatywna i dla każdej z nich znaleźć wyjątkowy element makijażu czy zdjęcie...

- A nie jest tak, że dziewczyny mówią: ja chcę tak ładnie wyglądać jak tamta pani z jakiejś Twojej innej sesji / makijażu?
- Rzadko zdarza się klientka, która mówi: rób, co chcesz, ufam ci. A to właśnie wtedy najlepiej wychodzi metamorfoza i jest największe zaskoczenie. Zawsze powtarzam, że po co płacić pieniądze za wizażystę, skoro chce się umalować tak, jak robi się to na co dzień. Zaszalejmy! Ale pozostańmy jednocześnie sobą.


Fot. Michał Szyszka
„Lubię fotografować śluby za towarzyszące temu wydarzeniu emocje”


- Pamiętasz pierwsze zlecenie?
- Pamiętam wszystkich swoich klientów.
- Przecież było ich już tylu...
- Kilkaset. Przez 10 lat... Pamiętam każdą panią, którą fotografowałam czy malowałam. Może nie każdą wymienię z imienia i nazwiska, ale zapamiętałam ich twarze i związane z nimi historie.

- Jest wesele, które najbardziej utknęło ci w pamięci?
- Chyba nie. Każdego klienta staram się traktować wyjątkowo. Każde zlecenie przeżywam, przed każdym się stresuję, a przy każdym oddawaniu zdjęć nadal się denerwuję. To trema towarzysząca presji, by zachować w pamięci czyjś najważniejszy dzień życia w kadrach na lata... Wspomnienia są najcenniejsze dla każdego człowieka. Tego nie można schrzanić. Trzeba być na wysokich obrotach, być wewnątrz wydarzeń, a nie tylko je obserwować. Niektórzy twierdzą, że śluby to chałtura i dla prawdziwego fotografa to tylko komercja, degradacja. Dziś to się bardzo zmienia. Ja uważam, że zrobienie dobrego reportażu ślubnego jest dużą sztuką. Wiele zmiennych należy wziąć pod uwagę. Trzeba być jednocześnie we wszystkim naraz dobrym: fotografem krajobrazu, portrecistą, psychologiem, obserwatorem, detalistą, fotografem wnętrz i dokumentalistą. Ja nie reżyseruję zdarzeń. Kiedy wchodzi pan młody i pierwszy raz widzi pannę młodą, to ma ten błysk w oku, którego nie da się powtórzyć. Kamerzysta mówi: to teraz robimy dubla. Ja się tylko uśmiecham. Mam już swoje zdjęcie. Staram się być czujna, by nie musieć tego powtarzać. Śluby lubię właśnie za te różnorodne emocje.

- A jak to się wszystko zaczęło?
- Cała moja przygoda z fotografią zaczęła się od retuszu, czyli można rzec, że od końca. Retuszowałam ludziom zdjęcia, bo chcieli być ładni (śmiech). Z czasem pomyślałam, że lepiej, jak sama będę fotografowała i retuszowała swoje własne zdjęcia. Jak zaczęłam się spotykać z klientkami, to stwierdziłam, że przydałby się odpowiedni do danego oświetlenia makijaż, więc zaczęłam malować...
- I wszystko się nakręcało…
- Ale cały czas w tym samym stylu: retusz glamour, fotografia upiększająca. Chociaż klientki coraz częściej mówią, że nie widać tak bardzo tego retuszu, że nie jest on taki plastikowy, tak jak się widzi w różnych magazynach. Do tego też musiałam dojrzeć z czasem. Kiedyś bardziej retuszowałam zdjęcia. W tej chwili wiem, że czasami wystarczy dobre oświetlenie i makijaż, by wyszła fajna fotka.

- Pamiętasz pierwsze zdjęcie, które wyretuszowałaś?
- Dziś tapety na komputer można sobie wygooglować. Kiedyś tego nie było. Ja od tego zaczęłam. Robiłam tapety z postaciami filmowymi, m.in. z „Władcy Pierścieni”, z aktorami, różne fotomontaże. Nawet wykonałam grafikę z postaciami z serialu „M jak miłość”. To zdjęcie trafiło na oficjalną ich stronę. Dziś znam nieźle reżysera tego serialu – pozmieniało się... Tak jak moje zdjęcia się zmieniają. Później bawiłam się ze zdjęciami koleżanek czy rodziny. I tak szło. Znajomi prosili o fotomontaże na różne okazje... To była wtedy nowość, byłam w liceum. Pierwszy makijaż był odwzorowany z gazety. Ania Przybylska miała tęczowe oko. Zainspirowało mnie to do zrobienia makijażu klientce. Kiedyś zbierałam różne dodatki i tworzyłam barwne kreacje, stylizacje, kreowałam. Dziś już nie. Teraz proponuję dziewczynom biały t-shirt, jeansy i trampki. To jest najlepsze. Liczy się osoba portretowana.



Fot. Wojciech Korsak
„Zdarza mi się dzień lenia i frustracji. Później przychodzi jednak dzień walki i motywacji”


- Nie jesteś czasami zmęczona? Nie chciałabyś tego rzucić i zająć się czymś innym? 
- Jak byłam w klasie maturalnej, to połknęłam bakcyla i do dzisiaj mnie trzyma. I nigdy nie pomyślałam, że mogłabym robić zawodowo coś innego. Dla mnie nie było w ogóle takiej opcji. Jak każdemu człowiekowi zdarza mi się też dzień lenia, frustracji, niezadowolenia z siebie, wszystko jest na „nie” i nic się nie układa, rzeczy lecą z rąk, retusz idzie jak krew z nosa, zasypiam przy komputerze i w ogóle nic mi się nie chce.
- I co wtedy?
- Siadam i czekam, aż mi przejdzie.
- I przechodzi?
- Tak. Bardzo szybko. Bo jak długo tego nie robię, to mi brakuje i tęsknię. Mam czasami dość, ale ja wiem, że potem przychodzi dzień walki i motywacji. Podbudowują mnie bardzo dobre słowa. Ja zawsze powtarzam moim klientkom, aby się nie bały, że chcę, by wyglądały jak najpiękniej i zrobię wszystko, by tak było. Proszę: zaufaj mi, nawet jeśli coś ci się wydaje dziwne. I ostatnio klientka tak sama z siebie powiedziała: przecież ty nie zrobisz mi nic złego, ty chcesz dla mnie jak najlepiej. Rety. Czekałam na to parę lat. Utwierdza mnie to w mojej pracy. Bardzo też lubię moment, kiedy słyszę: wiesz, stresowałam się, wydawało mi się, że przyjedzie jakaś pani z miasta i będzie mnie ofukiwać, a ty jesteś taka swojska babka i wydaje mi się, jakbym cię znała już z 10 lat. Otwierają się wtedy przede mną, opowiadając o sobie. To jest niezwykłe. Wtedy wiem, że nie mogłabym robić nic innego!



Fot. Wojciech Korsak
„Nigdy niczego w swoim życiu nie zmienisz, jeśli ciągle będziesz robić to samo. Trzeba zaryzykować”


- Masz jakąś radę dla innych, którzy chcieliby mieć pracę marzeń?
- Nigdy niczego w swoim życiu nie zmienisz, jeśli ciągle będziesz robić to samo – tak mi kiedyś powiedziano. To jest prawda, o której niby wszyscy wiedzą, ale jak ją usłyszą, to są w stanie olśnienia. Jeśli pan Heniu pasie owce, a chciałby być bankierem i marzy o tym codziennie, to nie zostanie nim, jeśli tylko będzie o tym myślał i nadal pasł owce. Trzeba zacząć po prostu działać, założyć jakiś plan i małymi kroczkami go realizować. Nawet jeśli Heniowi żona będzie mówić, że jest głupi i to nie ma sensu oraz wytknie mu wszystkie przeciwności, to nie należy słuchać. Trzeba iść dalej swoją drogą. Jak ja zaczynałam, to moi bliscy byli przeciwni. To było ponad 10 lat temu. Mieszkałam w małym mieście i wątpiono, aby byli klienci na moje usługi, bo kto tam będzie robił sobie takie zdjęcia, makijaże, daj spokój, jak skończysz studia, to idź do szkoły uczyć. Taką wszyscy we mnie presję wywoływali. Ja się jednak uparłam.

- A wątpiłaś chociaż przez chwilę?
- Nie. Ja wiedziałam, że chcę to robić i dlatego oprócz studiów filologii zaocznie poszłam na fotografię. Wszyscy mi mówili, że to się nie uda, z tego nie da się wyżyć. A ja miałam klapki na oczach, bo wiedziałam, że to jest to. Sprawiało mi to przyjemność, więc musiało wypalić. Ja się nigdzie indziej nie nadaję. Teraz, po paru latach, jestem dumna, bo fajnie robić to, co się lubi. Nie jest to żadna wielka rada, ale trzeba po prostu próbować. Jeśli nam się coś po drodze nie udaje i mamy chwile zwątpienia, to nie znaczy, że nasz plan był beznadziejny, że mamy z niego zrezygnować. Musimy być może coś zmodyfikować, ale próbować dalej.

- Tak się łatwo mówi, że wszystko można. Rozmawiam z różnymi ludźmi i oni niby chcą, ale okazuje się, że nie mogą…
- To znaczy, że tak naprawdę nie chcą, albo się boją. To nie chodzi tylko o to, aby coś sobie wymyślić i nic nie robić. Trzeba zacząć działać. Trzeba w pewnym momencie podjąć ryzyko i przestać wypasać te owce. Ja się zbuntowałam, powiedziałam rodzicom, że będę robiła swoje. Pamiętam jak dziś, jak mówiłam, że iść na etat, mam nadzieję, zawsze będę mogła. Że muszę spróbować tu i teraz, bo odwrotnie mi się to nie uda. Jak zacznę pracować, to nie będzie już czasu i nie wrócę do tego, wypadnę z obiegu i to, co już sobie wypracowałam, przepadnie. Jak się nie uda, to trudno. Będę wtedy modyfikowała plan, ale nie brałam w ogóle tego pod uwagę. Musiało się udać. Jak się powiedziało A, to trzeba było powiedzieć B. I się udało.



Fot. Karolina Świerczewska
„To nie chodzi tylko o to, aby coś sobie wymyślić i nic nie robić. Trzeba zacząć działać”


- Jesteś zaręczona. Jak będzie wyglądał twój ślub?
- Bardzo skromnie.
- Osoba, która sfotografowała wiele niezwykłych chwil ślubnych, chce skromny ślub?
- Tak, bardzo skromny, w nieco rustykalnym stylu. Będzie przyjęcie, a nie wesele. Takie spotkanie w gronie najbliższych. Coś, co bardzo pasuje do naszych charakterów.

- A o czym marzysz?
- Nie powiem, bo będziesz się śmiała.
- Dlaczego?
- Tak naprawdę, to codziennie marzę o czymś innym. Chociaż wszystko jakby sprowadza się do jednego. To takie bardzo elementarne rzeczy, np. aby ludzie byli dla siebie dobrzy i bardziej się szanowali. Moim zdaniem wtedy wiele rzeczy by się pozmieniało i wszystkim byłoby fajniej. I żeby ludzie byli lepsi także dla zwierząt. Nic mnie chyba tak nie rozdziera, jak krzywda zwierząt. Mój narzeczony ma z resztą tak samo. Ratowałby cały świat.

- Dziękuję za rozmowę.
Zdjęcia: Archiwum Agata Iwańska

1 komentarz:

  1. Bardzo inspirująco. Gratuluję słusznego uporu. Wiem doskonale z czym Agata musiała się zmierzyć. Miałam podobną sytuację. Swoje marzenia, upór i wiele złej energii wokół siebie. Ale się uparłam. I warto było! Teraz robię zawodowo to co chciałam od lat. Kosztowało mnie to wiele wyrzeczeń i energii, ale potem satysfakcja jest czymś mega.

    OdpowiedzUsuń